Czy kiedyś copywriter musiał być erudytą? Tego nie wiem, ale jestem przekonany, że dzisiaj każdy głąb może być „copywriterem”. Zapraszam do lektury mojego felietonu, gdzie spojrzę moim cynicznym okiem na świat współczesnego „contentu”.
Zanim przejdziemy do dania głównego, kilka słów wstępu. Zacznijmy od zrobienia czegoś, co jest dzisiaj wręcz nie do wyobrażenia, czyli sięgnijmy do Słownika Języka Polskiego. Znajdziemy tam wzmiankę o tym, że – „Erudycja oznacza wszechstronną wiedzę książkową, a erudyta to osoba o wszechstronnej wiedzy, rozległym wykształceniu i oczytaniu”. Dzisiaj powiedzielibyśmy, iż taki człowiek to tzw. chodząca encyklopedia.
Oczytanie, wiedza, wykształcenie. Innymi słowy – wartości, które już kilkanaście lat temu były w odwrocie, a dzisiaj wycofują się wręcz paniczną ucieczką.
Jednak spokojnie, mój wywód nie będzie o tym, że społeczeństwo głupieje, choć wskazują na to coraz liczniejsze badania 😉
Ja skupię się na czymś innym, a konkretniej na pytaniu postawionym we wstępie. Czy dobry copywriter musiał być kiedyś erudytą? Cóż, tego nie wiem, bo copywriting został wynaleziony na długo przed moimi narodzinami.
Jednak wiem jedno. Kiedyś niemal wszystkie osby zajmujące się pisaniem albo nawet osoby tytułujące się tym nieszczęsnym „humanistą” – zazwyczaj pokazywały, że mniej lub bardziej znają się na języku.
Nie chodziło tylko o używanie trudnych słów, takich jak np.: „egzemplifikacja”, „absztyfikant” i „rachityczność”. Chodziło także, a może raczej chodziło PRZEDE WSZYSTKIM o umiejętność bawienia się językiem (bez kosmatych skojarzeń!).
Niegdyś na tym właśnie bazował marketing – gra słów, niejednoznaczność, kontrast, czasami wręcz nonsens.
Dlaczego więc kiedyś to było, a teraz już nie ma?
Dlatego, że w XXI wieku staramy się wszystko na siłę uprościć. Przekaz ma być tak trywialny, że staje się wręcz prostacki, aby każdy go zrozumiał. Takie podejście wydaje się zrozumiałe, kiedy spojrzymy na otaczający nas świat, ale niestety ma ono swoją cenę.

Gdyby jednak chodziło tylko o to, że treści stają się coraz bardziej generyczne, miałbym to w moim dużym… nosie. Jednak nadejście miłościwie nam panującej rewolucji AI doprowadziło do jeszcze jednego problemu.
Mianowicie – każdy baran może dzisiaj być „copywriterem”.
Ba! Dzisiaj nie musisz nawet umieć pisać, żeby być copywriterem!
Kiedyś jeszcze musiałeś przynajmniej wiedzieć, co oznaczają te dziwne czerwone szlaczki w Wordzie i dlaczego pojawiają się pod niektórymi słowami.
A dzisiaj? Wchodzisz do swojego ulubionego „Asystenta” i piszesz mu – „Ej, napisz mi tekst o AI i jego zaletach”. GPT posłusznie tworzy tekst, który co prawda jest gówniany i do bólu generyczny, ale mimo wszystko zazwyczaj spełnia oczekiwania kogoś, kto w swoim życiu przeczytał jedynie treść paragonu z Lidla.
I znowu – to by mi nie przeszkadzało, gdyby nie fakt, jak to zaczyna wpływać na branżę. Kiedy wchodzisz na profile niektórych copywriterów, to co widzisz? Opis wygenerowany przez AI!
W sensie, serio? Chłopaku, dziewczyno? Ty chcesz zarabiać na pisaniu, a przerasta Cię nawet samodzielne napisanie 1000 znaków w opisie swojego profilu?
Tym oto sposobem zataczamy copywriterskie błędne koło, a orkiestra AI zaczyna grać muzykę, przy której tańczymy chocholi taniec w świecie contentu – firmy udają, że zależy im na oryginalnych treściach, choć bez problemu akceptują generyczny szajs, a „copywriterzy”, czy może raczej „specjaliści od efektywnej eksploatacji LLM-ów”, tworzą byle jakie teksty i hasła. Oczywiście udają przy tym, że to dzieło 100% handmade 😉
Ten chocholi taniec trwa w najlepsze, a my… No cóż. Nam chyba zostało już tylko się uśmiechnąć i obserwować ten proces językowej pauperyzacji, bo szczerze mówiąc – to już jest chyba droga bez powrotu 😉
Paradoks polega na tym, że sztuczna inteligencja miała nas wznieść na nowy poziom twórczości, a tymczasem często służy do tego, żeby obniżyć próg wejścia tak bardzo, iż obecnie można się o niego potknąć i sobie głup… piękną twarz rozwalić.
Podsumowując – modele językowe AI doprowadziło do tego, że zaczynamy żyć w świecie, gdzie każdy może pisać i w sumie coraz więcej ludzi „pisze”. Jedyny problem polega na tym, że już tylko nieliczni wiedzą, jak to robić i po co to robić…
Czy w tym wszystkim jest jakaś nadzieja? Moim zdaniem – tak. Treści stają się bowiem na tyle generyczne, że naprawdę ciekawy i oryginalny tekst dość łatwo wyróżni się na tle powszechnej bylejakości. Ja mogę tylko zachęcać do podążania właśnie taką drogą 🙂
Jeśli chcesz ze mną podyskutować, wymienić się spostrzeżeniami albo zamówić podobny tekst, pisz śmiało 😉 – kontakt@twojeteksty.pl
This site is protected by wp-copyrightpro.com